Bilet byl na 1:00 Pm
z niewiadomych powodow zrobilam z tego 10:00 Pm
Lot z San Francisco, jakies 250 mil z Port San Luis.....
Wyjechalam spokojnie o 12 wpoludnie, 10 godzin to az nadto, z psem trzeba byc 3 godz przed odlotem.....
Zamknelam jacht na klucz...szarpnelam za okno od zewnatrz...otwarte...wsciekla wrocilam , wspielam sie po tej gorze zagli i narzedzi zeby zamknac okna....
cos mi wypadlo z kieszeni....podnioslam, fajki.
Zamknelam znowu jacht, zeszlam na dol do samochodu.
Nie mam telefonu.
Wracam znow na gore na jacht, otwieram, szukam
Jest,lezy pod zaglami, tez mi wypadl z kieszeni,zamykam ponownie jacht, schodze na dol, teraz ostatecznie zegnam sie z wszystkimi , wsiadam do samochodu....matko boska, tym razem nie mam kluczy.
Kolejna wycieczka na gore, otwieranie i zamykanie jachtu.
Wiec wyjezdzam o 12, zajezdzam sobie na double americano...do tej fajnej malej kafejki, gdzie zawsze z Tomkiem jezdzilismy na kawe, wchodze , juz mnie pamietaja:
-"double americano?"
Spokojnie przy kawie w samochodzie sprawdzam jeszcze raz rezerwacje samochodu, o ktorej mam go oddac, i rezerwacje lotu....
Szok!!!
Lot jest o 1 pm, czyli za jakies pol godziny.
Dzwonie na info, mam numer do Delty....dzwonie do nich..."wypadek samochodowy, nie zdaze....bla...bla....bla..."
Dzieki temu ze zadzwonilam przed odlotem mam szanse przelozyc lot tylko za $25.00 jak zadzwonie 3 godziny przed nastepnym odlotem, albo teraz za $270.00...postanawiam czekac, tym bardziej ze mowi ze ma jeszcze duzo miejsc, no i dla psa tez.
Spokojnie juz jade,pod San Francisco straszne korki, zajezdzam dopiero na 6:00...mam jeszcze godzine aby zadzwonic do Delty, postanawiam znalezc ta wypozyczalnie.
Problem, trzy razy objezdzam lotnisko, w koncu po godzinie znalazlam.W zwiazku z tymi problemami zmieniam plan, zamiast najpierw nadac psa , pozniej oddac samochod postanawiam oddac samochod i wziasc taksowke na lotnisko. Wyjmuje klatke skrecam ja, no i sie zaczelo, Filip nie chce wejsc, wrzucam mu do srodka swinskie ucho suszone, nie rusza go,no to ciasteczko, ciasteczko tez mu lata kolo ch....a.
No to za obroze go i na chama....wyrwal sie i ugryzl mnie ...
Krew sie leje....pies na mnie skacze...szczeka.
Przyszli chyba wszyscy pracownicy z tej wypozyczalni...probowali mi pomoc go wepchnac.Dalam mu jeszcze dwie tabletki nasenne, wkurzyl mnie.
Palec mnie boli, wszystko dookola zakrwawione.
Wpadlam na pomysl, rozkrecam klatke.....pociagnelam Filipka na spodnia jej czesc, trzymam go za obroze...a pracownikow tej wypozyczalni
prosze zeby przykryli go gorna czescia, w czworke zarzucaja gorna czesc klatki na Filipa...skrecamy.
Bestia ujarzmiona:-)))
Taksowka na lotnisko...dzwonie do Delty.....biletow juz nie ma....moge leciec pierwsza klasa za 670...za drogo...ale jest jeszcze nastepny lot o 11...tylko musze zadzwonic o 8...postanawiam jeszcze raz zaryzykowac.Jak sie nie uda o 8:00, to kupie sobie nowy bilet do Orlando o 10:00 Pm.
Filip odstawia koncerty w klatce....
Mam duzo czasu, dzwonie do siostry do Niemiec , pozniej do Pryszcza. Jakos zlecialo.
Udalo sie leciec o 11:00 pm...pies poszedl na cargo, kazali mi go wyjac z klatki przed nadaniem.....moje oczy zrobily sie wielkie...panika....czyzby jeszcze nie koniec problemow????
Zaczelam ich przekonywac ze jak go wypuszcze to on tam z powrotem nie wejdzie....
Nic z tego, oni musza obejrzezc klatke od srodka.....
Pokazuje im mojego palca w zakrwawionym bandazu....i tlumacze ze to nie moj pies, i jak go bede probowala spowrotem wlozyc do klatki to on mnie znow pogryzie....
Pani dala sie przekonac...kazala mi tylko wyjac kocyki, wyciagamy, Filip warczy i wsadza morde w drzwiczki, probuje wyjsc...
W koncu darowali mi i te kocyki :-))))
Pies nadany, a ja ide cos zjesc i na samolot.